niedziela, 11 marca 2018

Jak smakuje Stambuł?





Dziś nie będę za dużo pisał, bo jako gość Miłki Malzahn trochę się nagadałem. A że gospodarz był przemiły, to i efekt końcowy wyszedł naprawdę ciekawie.
Zapraszam więc tylko do posłuchania, jak smakuje i pachnie Stambuł. Czy warto uczyć się tureckiego? Co nam grozi na Grand Bazarze? Dlaczego warto myśleć literaturą? I po cóż jechać do Turcji?

http://www.radio.bialystok.pl/uchonaswiat/index/id/153148
Hagia Sofia


Jedno z wejść do Grand Bazaru
Sprzedawcy kukurydzy w okolicach Grand Bazaru


wtorek, 6 marca 2018

Z deszczu pod...na patelnię


Polacy wpadają z deszczu pod rynnę, podobnie zresztą jak Niemcy (niem. vom Regen in die Traufe). Gdy Turcy próbują uciec przed problemami, ale ostatecznie trafiają w jeszcze większe tarapaty, też mokną, jednak nie pod rynną, lecz od gradu (tur. yağmurdan kaçarken doluya tutulmak).
Podczas gdy jednych moczy, innych smaży i piecze. Anglicy uciekają z rozgrzanej patelni prosto w ogień (ang. out of the frying pan into the fire), podobnie zresztą jak Rosjanie, których zamiast ognia przypiekają płomienie (ros. из огня да в полымя). Trochę lepiej mają Włosi – oni z patelni uciekają w żar (wł. cadere dalla padella nella brace). I choć zapewne przyzwyczajeni są do upałów, to tym razem też musi być im naprawdę gorąco.
Bułgarzy nie muszą obawiać się ani wody, ani ognia, choć też nie mają lekko – od cierni wpadają prosto w głóg (bg. от трън та на глог), który rzecz jasna pokryty jest długimi i bardzo ostrymi cierniami.
Słynący z elegancji Francuzi niczym dzielny Odyseusz zmagać się muszą z mitycznymi potworami – od Charybdy trafiają prosto w ramiona Scylly (fr. passer de Charybde en Scylla). Przed Tatarami zwiewają Turcy (tur. Tatardan kaçıp betere düşmek) – niestety trafiają jeszcze gorzej. Na wojaże skazani są Hiszpanie, ale ta podróż, jak zapewniają nazwy miejscowości, wcale nie będzie miła. W hiszpańskim frazeologizmie salir de Guatemala y entrar en Guatepeor ukrywają się bowiem dwa słowa mal ‘źle’ i peor ‘gorszy’, podobnie zresztą jak w innym hiszpańskim idiomie ir de Málaga a Malagón. I tak źle, i tak niedobrze.
Czy komuś się jednak upiecze? Choć może w tym kontekście lepiej zapytać, czy ujdzie na sucho? Na wszelki wypadek zapewniam, że mam się całkiem dobrze, a takie przemyślenia zrodziły się, gdy zwykle suchy, nieprzypiekany, cierniami niedarty i niepożarty przez potwory, spacerowałem sobie po stambulskich ulicach.

Dziękuję: Patricowi, Oli, Ozgurowi, Jamemu, Iwanowi, Panosowi, Anastazji i Sylwii za konsultacje. Bez Was nie byłbym nawet w połowie tak mądry ;-)

środa, 28 lutego 2018

Turecka recepta na mrozy


Zimno!
Zimno jak w psiarni.
Zimno jakby w piekle diabły strajkowały.
Zimno jakbym otwierał pustą lodówkę.


A w mroźne dni najlepiej rozgrzewa salep, czyli przygotowany z bulw sproszkowanego storczyka napój, którym Turcy raczą się w okresie jesienno-zimowym. 
Pierwszy raz o salepie opowiedziała mi Ola, gdy chłodnym, listopadowym popołudniem spacerowaliśmy po stambulskich ulicach. Mówiła mi wtedy o pysznym białym napoju, który konsystencją przypomina rzadki budyń. Ze storczyka? – dziwiłem się. Czego ci Turcy nie wymyślą! I do tego posypany dużą ilością cynamonu.



Pod żadnym, ale to żadnym pozorem miałem go nie zamawiać w pierwszym lepszym miejscu, a już szczególnie na promie z Kadıköy do Karaköy. Z uśmiechem i pewnym poczuciem wyższości, że oto odkrywa przede mną arkana tureckiej kuchni, Ola radziła mi, abym znalazł dobrą kawiarnię lub cukiernię, bo naprawdę nietrudno zmienić pyszny salep w wodnistą lurę.









I dopiero wtedy zobaczyłem, że salep rzeczywiście sprzedawany jest jesienią i zimą niemal na każdej ulicy. Dzieliliśmy się z Olą wrażeniami, w którym miejscu smakował nam najbardziej. Moim zdaniem wyborny salep był na İstiklal, w założonej w 1935 roku kawiarni Saray Muhallebicisi. Ale najlepszy salep to ten pity z Olą, w jednej z osmańskich kawiarni. I nie miałbym nic przeciwko, aby raczyć się nim od zimy do zimy, czy od lata do lata.


sobota, 17 lutego 2018

postambule



Po co podróżować? Po co narażać się na te wszystkie niedogodności związane z przemieszczaniem się na dużych dystansach i z pobytami w dalekich, obcych krajach? (…) wyruszamy w ciągle nowe podróże, ponieważ natura wyposażyła nas w zawodną i błądzącą pamięć. Po powrocie w domowe pielesze niedogodności zamieniają się w wyborne anegdoty albo zostają całkowicie wymazane. Pamięć nie jest linią ciągłą, to zbiór punktów – szczytów – a między nimi pustka. Zresztą pamięć to abstrakcja. Z punktu widzenia przyszłości niewygodny przeszłości wydają się nierzeczywiste, jak sen.

Erika Fatland, Sowiestany.
Podróż po Turkmenistanie, Kazachstanie,
Tadżykistanie, Kirgistanie i Uzbekistanie

Praca Murata Germena z Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Stambule
Więc stopniowo zapominam o tym, co było w Stambule trudne. O uporczywym hałasie, przed którym szukałem ucieczki, nieprzerwanych korkach ulicznych, uchodźcach śpiących na placu Taksim. O prostytutkach, nachalnie zaczepiających mnie, gdy wracałem wcale nie tak późną porą do mieszkania, i sprzedawcach wydzierających się na wszystkie strony Buyurun! Buyurun! Już nie policzę, ile razy zostałem oszukany i wprowadzony w błąd – wszystko wyleciało mi z głowy. 




Nie pamiętam też o kursie językowym, gdzie na pierwszych lekcjach uczyłem się o stonogach, konikach morskich, krukach i delfinach, a nauczyciele objaśniali trudniejsze słowa po arabsku, bo angielskiego się nie nauczyli, za to wesoło tańczyli do muzyki Tarkana. Zapominam też o pracy na Uniwersytecie w Stambule. Pracę wymazuję najbardziej.

Zostają trzy przyjaźnie związane na skraju świata, zdjęcia, dziennik z podróży oraz bezcenny notes z Małym Księciem, gdyż zapisywałem w nim absolutnie wszystko, co wydało mi się istotne. A do tego garść wspomnień, które pewnie z  czasem przekształcą się w wesołe anegdoty. I stopniowo będę się nimi dzielił na blogu.


niedziela, 21 stycznia 2018

50 książek

Z ostatniego numeru "Polityki":


Kiedyś przynajmniej wypadało mieć kolekcję książek na półce, chociażby dla dekoracji. Nawet jeśli się ich nie czytało, do czego w żadnym wypadku nie można było się przyznać. A jeśli już ktoś został złapany na nieznajomości lektury, zwykle tłumaczył się, że akurat będzie ją czytał, tylko dokończy tę, z którą aktualnie się zmaga. Lub w nieco bardziej wątpliwej wersji: To na emeryturę, jak będę mieć więcej wolnego czasu.

W każdym kadrze...
Książek nie trzeba karmić, ani podlewać. Połowa Polaków nie musi z nich nawet wycierać kurzu. Ani przy okazji cotygodniowego sprzątania, ani tym bardziej przedświątecznego. Połowa Polaków nie potrzebuje książek w domu. Dobrze, że jest jeszcze ta druga połowa. Z każdym rokiem mniejsza, mniejsza, i mniejsza.


Marcin Wicha w Rzeczach, których nie wyrzuciłem napisał: Wszystko zniknęło. Zostały tylko książki. Były naszym tłem. Tkwiły w każdym kadrze. 

W każdym


Z kolei prof. Rembiszewska weszła pewnego razu do pokoju młodej dziewczyny, rozejrzała się naprędce i zdecydowanie oświadczyła: W tym pokoju nie ma żadnej książki. Wychodzę!


poniedziałek, 8 stycznia 2018

Produkt od firmy

Czytam tekst o kodowaniu informacji w branży elektronicznej. Gwoli jasności, nie tylko czytam, ale nawet poprawiam, czy raczej próbuję poprawiać. O zgrozo! Połowy pracy nie rozumiem, gdyż im bardziej technika posuwa się do przodu (a ja w latach), tym mniejsze są moje możliwości ogarnięcia wirtualnej rzeczywistości. Ale z racji tego, że autor tekstu jest mi jednak osobą bliską, która niejednokrotnie ratowała moje laptopy przed popadnięciem w ruinę, staram się nie poddawać.

Czytam więc o Androidach i Gmailach od firmy Google oraz o systemie iOS od firmy Apple. Dowiedziałem się, że BlueMail jest od firmy Blue Mail, a coś tam innego od firmy JetBrains. Razi mnie ta konstrukcja bardziej niż trochę, gdyż w języku polskim powiedzielibyśmy raczej: Android stworzony przez firmę Google, ewentualnie zaprojektowany, wynaleziony przez firmę.

Jako że w ubiegłym roku prowadziłem wykład o języku reklamy, przypomniało mi się, że wyrażenie coś od firmy/nazwa firmy promowane jest w spotach reklamowych. Mamy na przykład tusz do rzęs od L'Oreal Paris lub możemy sprawdzić Nowości od Max Factor. 



Powyższa konstrukcja jest oczywiście kalką z języka angielskiego, w którym zadomowiły się użycia nazwa produktu + from + nazwa firmy. Z mojego, dość konserwatywnego punktu widzenia, możemy kupić coś od firmy, chyba rzadziej dostać coś od firmy. 



Ale w reklamie właśnie to odrzucenie czasownika czy imiesłowu przymiotnikowego (przypomnę, że imiesłowy to formy czasownika) jest kluczowe! Brak czasownika nie tylko dynamizuje treść, ale też umożliwia jej dowolną aktualizację. Równoważnik zdania Tusz do rzęs od L'Oreal Paris odbiorca reklamy może uzupełnić na wiele sposobów: kupiony, ale też otrzymany/podarowany. I to właśnie jest element perswazji.


PS Kuba, Mnie się jednak wydaje, że chodzi o elipsę, która ukrywa znaczenie 'stworzony/zaprojektowany przez', co jest wyraźną kalką z angielskiego. A że polska reklama, co jest rzeczą oczywistą, czerpie z wzorców zachodnich, dlatego i tutaj szukałbym raczej wzorca obcego. 
Dopełniacz proponuję tym razem uniewinnić ;-)

sobota, 6 stycznia 2018

A jednak świątecznie

A jednak świątecznie, noworocznie, klimatycznie, czyli inaczej niż napisałem ostatnio. Naprawdę Istambuł jest miastem, któremu nie można ufać. Co więcej, w tym zakątku trudno wierzyć nawet samemu sobie.
Utyskiwałem na brak świątecznych dekoracji, i proszę, wszystko jest. Ozdoby, światełka, łańcuchy, lampki - w wersji zlaicyzowanej, ale za to z rozmachem. Girlandy gwiazdkowych lampek rozpięły swe długie ramiona nad placem Taksim - sercem Stambułu.







Nad Istiklal nie tylko zwisły okolicznościowe bombki, ale wrócił też kultowy tramwaj, którego nie mogłem wcześniej uraczyć z powodu ciągnącego się remontu. Główny deptak miasta coraz mniej przypomina plac budowy, a coraz bardziej jedną europejskich, wielkomiejskich uliczek.










I tylko jedna rzecz jest niezmienna - ściana ludzi, azjatycki tłum, nie do przejścia i nie do ominięcia, ani za dnia, ani w nocy.